Audiowizualni.pl

Serwis informacyjny polskich producentów filmów fabularnych, dokumentalnych, animowanych i programów telewizyjnych

Jesteś tutaj: Home Partnerzy Magazyn Filmowy SFP Od celuloidu do kina w chmurze - rozmowa z prof. Andrzejem Gwoździem, kierownikiem Zakładu Filmoznawstwa i Wiedzy o Mediach Uniwersytetu Śląskiego [Magazyn Filmowy]

Od celuloidu do kina w chmurze - rozmowa z prof. Andrzejem Gwoździem, kierownikiem Zakładu Filmoznawstwa i Wiedzy o Mediach Uniwersytetu Śląskiego [Magazyn Filmowy]

Anna Wróblewska: Czy istnieją cechy, czynniki, które wyróżniają katowickie filmoznawstwo od pokrewnych kierunków w innych szkołach?
Andrzej Gwóźdź: W Instytucie Nauk o Kulturze i Studiów Interdyscyplinarnych na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego jesteśmy obecni na dwóch kierunkach i dwóch poziomach studiów (licencjackim i magisterskim) na kulturoznawstwie ze specjalnością: filmoznawstwo i wiedza o mediach oraz na kulturach mediów ze specjalnością: kultury wizualne. Staramy się zatem znaleźć rozsądny kompromis między tradycyjnym, zorientowanym na film oraz kino filmoznawstwem, a obejmującym szerszy porządek kulturowo-medialny medioznawstwem. Uważam, że separowanie wiedzy o filmie od wiedzy o mediach jest sztuczne i niewłaściwe, przecież film to także medium, a wiedza o filmie musi w sposób naturalny pozostawać elementem wiedzy o mediach. Nie stronimy więc od rozważań nad telewizją, od refleksji nad mediami elektronicznymi, internetem, tzw. nowymi mediami. Filmoznawstwo poszerzone o nowe media, nowe środowiska nadawczo-odbiorcze, o nowe praktyki artystyczne i kulturowe – to wszystko dlatego, że film żyje, że sam również jest pochodną zmian, jakie zachodzą w mediach elektronicznych. Próbujemy więc wyciągać konsekwencje z ewolucji ruchomych obrazów w kulturze i spoglądać na kino w całej dynamice przemian, jakim ono podlega w cywilizacji obrazów.

W swoich pracach, zanim jeszcze była modna teoria konwergencji mediów Henry’ego Jenkinsa, wykazywał pan, że kino istnieje w wielu formach, bytach i środowiskach i dociera do nas różnymi kanałami.
Tradycyjne, klasyczne filmoznawstwo tkwiło w wieży z kości słoniowej, odcinając się od tego, co było poza kinem. To kino było miejscem świętym, to z jego perspektywy pisano historie i teorie filmu. Doprowadziło to do tego, że przespano chociażby dzieje filmu w kulturze wideo. A to był bardzo ważny etap w rozwoju kultury filmowej: VHS, magnetowidy, wszystkie te obszary między twórczością oficjalną i niszową... Otwarcie się na film poza kinem – w jakimś sensie także przecież „po kinie” – jest próbą odnalezienia się w bogatym środowisku form filmowych, które są przechodnie, bo migrują pomiędzy mediami. Nie tylko studenci przecież oglądają filmy na swoich gadżetach elektronicznych.

Po rozdaniu Oscarów w 2015 roku internet obiegło zdjęcie młodej osoby w metrze, która ogląda na tablecie Idę. Pan nie ma z tym problemu?
Nie nazwałbym tego problemem. Prywatnie cenię sobie komfort oglądania dobrych filmów. Na Idę w metrze bym się nie zdecydował, gdybym miał szansę na zobaczenie jej w kinie lub w domu. Obraz Pawła Pawlikowskiego jest filmem zrobionym dla kina i właśnie tam wybrzmiewa całą mocą swego artyzmu. Są tytuły przypisane do kina jako swego macierzystego środowiska, takie, które w innych mediach będą jedynie cytatami siebie samych. Na nowych gadżetach lepiej wypadają filmy „powierzchniowe”, atakujące bodźcami zmysłowymi, nawiązujące efektami do poetyki gier, niż np. utwory fascynujące narracyjnym kunsztem.

Dlaczego młody człowiek ogląda film fabularny, jadąc autobusem, w korku? Kilka minut, aby między przystankami i podczas kolejnej czerwonej fali wracać do przerwanego opowiadania?
Bo poszukuje audiowizualnych bodźców, swego rodzaju megaklipu filmu, który da mu namiastkę interakcji, jak w grze. Taki „gadżetowy” odbiór filmu to bardziej jego przeglądanie niż oglądanie, co na ogół prowadzi do powierzchownego ich interpretowania. A współczesne kino (przynajmniej spora jego część) pomaga widzowi w gromadzeniu wrażeń, w kolekcjonowaniu kulminacji raczej, niż mozolnym zmierzaniu w głąb. To, co jest istotne, jest już bowiem na powierzchni, w intensywnym designie obrazu. Ida jest natomiast „powierzchniowo” skromna, lecz głęboka w sensie hermeneutycznym. Aby wniknąć w sens, w naturę filmowej opowieści, nie da się jej obejrzeć na szybko. A innym tytułom można się przyglądać niemal w biegu, czemu zresztą sprzyjają media elektroniczne. Kiedy oglądamy obraz na sprzęcie elektronicznym, funkcjonuje on jak medialny palimpsest. Bywa, że na filmie pisze się maila, pod filmem – czatuje. Wtedy jest to jedno z pasm walczących o dotarcie do widza. Znam wielu ludzi, którzy włączają film na laptopie, a jednocześnie piszą i robią wiele innych rzeczy naraz. W kinie, czy tego chcemy, czy nie, jesteśmy zdani na ogląd skupiony na jednym utworze. W moim odczuciu dzisiejszy młody widz z trudem wytrwa na klasycznym Zanussim, Kieślowskim czy Antonionim. Te obrazy trzeba sobie przyswajać, bo wymagają one nieustannej uwagi, by dotrzeć tam, dokąd chcą nas zaprowadzić. Nie nęcą widza seriami kulminacji. Współczesne kino spod znaku efektów specjalnych wabi zaś permanentnymi szczytowaniami – tutaj już nie trzeba mozolnie wspinać się na szczyty, zwłaszcza te emocjonalne, bo są one nam dane „od ręki”. Kiedy więc widz ma być jedynie obserwatorem świata przedstawionego opowiedzianego przez kogoś innego, czuje się nieswojo; zwłaszcza widz niewyrobiony.

W jaki sposób oglądają filmy pana studenci, wśród nich przecież także przyszli krytycy i recenzenci filmowi?
Studenci, którzy studiują na specjalnościach filmoznawczo-medioznawczych, to mimo wszystko specyficzna grupa osób. Ale choć wielu z nich traktuje film z szacunkiem, a kino z pewną nabożnością, są to już nowe pokolenia widzów. Na przykład wizerunek filmoznawcy-medioznawcy lat 90. znacząco odbiega od tego z lat 70., a obecnie młodzi ludzie pozostają pod nieustannym wpływem kultury cyfrowej. Codzienność obcowania z filmem wyznaczają laptopy, smartfony oraz inne gadżety noszone w kieszeni, a wszechobecnym kanałem odbioru jest sieć. Nie uważam przy tym, że zbliża się katastrofa, że kino umiera. Umierało przecież tyle razy i ciągle żyje. Już w epoce telewizji nie było takie samo, jak przed nią, a potem musiało sobie radzić z innymi mediami.

Dzisiaj dzieci oglądają filmy na oparciu siedzenia w samochodzie.
Bo obrazy są często produkowane z myślą o nowych nośnikach i nowych sposobach odbioru – swoimi konstrukcją, dramaturgią i narracją próbują im sprzyjać. Krótko mówiąc: filmy zapisały się do grona mediów mobilnych. A samych medialnych gadżetów będzie przybywać; i nic już tego nie zmieni. Jedne tytuły na tym ewidentnie tracą, inne nie, a pozostałe chyba nawet zyskują. Bo obraz pokazany poza kinem pozostaje przecież filmem, choć nieco innym. Niedawno się jeszcze filmy przegrywało, potem wypalało, a teraz bierze się je z chmur. W chwili, kiedy rozpoczynałem pracę, było to w sferze kosmicznej futurologii. Pamiętam, jak w latach 70. podniecałem się na samą myśl o tym, że dzięki magnetowidowi mogę zatrzymać obraz w dowolnym miejscu, że mogę powrócić do wybranej sceny i nie muszę drżeć, jak w kinie, że coś mi nieodwołalnie umknie z pola widzenia.

Czy chęć rozwinięcia nowego nurtu medioznawstwa, nieobecnego zarówno na wydziałach dziennikarstwa, jak i na tradycyjnym filmoznawstwie, stała się przyczyną założenia stowarzyszenia polskich filmoznawców i medioznawców, którego jest pan wiceprezesem?
Celem zarówno specjalizacji filmoznawczo-medioznawczej na kulturoznawstwie, jak i kierunku „kultury mediów” jest rozsądny kompromis między filmoznawstwem a medioznawstwem, uwzględniający szeroki paradygmat wiedzy o kulturze wizualnej: filmowej, okołofilmowej, ale i pozafilmowej. A Polskie Towarzystwo Badań nad Filmem i Mediami powstało także po to, aby rozmaitym środowiskom (nie tylko akademickim) dać możliwość wpisania się swoją aktywnością w statutowe cele stowarzyszenia, obejmujące cały wachlarz kultury audiowizualnej.

Założyciele i szefowie Towarzystwa są bardzo aktywni. Do tej pory odbyły się dwa zjazdy – kilka lat temu w Kamieniu Śląskim i w grudniu 2016 rewelacyjne spotkanie w Krakowie, na którym wygłoszono aż 150 referatów!
W 2013 roku w Kamieniu Śląskim narodziła się idea oraz powstała grupa inicjatywna stowarzyszenia, ale ono samo jeszcze nie istniało. Pragnęlibyśmy znaleźć twórczy kompromis między nauką a edukacją, między twórczością a działalnością publicystyczno-dziennikarską wokół filmu. Przyznam, że, faktycznie, byliśmy zaskoczeni liczbą zgłoszeń do tegorocznego Zjazdu. Ale też w bardzo krótkim czasie liczba członków PTBFiM zbliżyła się do dwustu, a przecież istnieje ono dopiero półtora roku. Faktycznie, to bardzo obiecujące statystyki, jak na pierwszy Zjazd Towarzystwa. A kolejny już za trzy lata.

rozmawiała Anna Wróblewska

Magazyn Filmowy SFP 2017/02
przedruk za zgodą redakcji

AddThis Social Bookmark Button
 
 
 
 
Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka!