Audiowizualni.pl

Serwis informacyjny polskich producentów filmów fabularnych, dokumentalnych, animowanych i programów telewizyjnych

Jesteś tutaj: Home Partnerzy Magazyn Filmowy SFP Co Polacy mogą zaproponować Netflixowi? [Magazyn Filmowy]

Co Polacy mogą zaproponować Netflixowi? [Magazyn Filmowy]

O tym, co wprowadzenie Netflixa do Polski oznacza dla widzów, wiemy wszyscy. Każdy amator dobrego filmu i serialu zna realizowane pod tą egidą produkcje. Pytaniem, które domaga się odpowiedzi jest natomiast, co to oznacza dla nadwiślańskich twórców. Okazją, by poszukać na nie odpowiedzi, był organizowany w Los Angeles Zjazd TCA (Television Critics Association).

To impreza branżowa, w której chciałby uczestniczyć każdy fan telewizyjnych produkcji. Choć właściwie dziś trzeba byłoby znaleźć nowe określenie, bo Zjazd TCA to już nie tylko prezentacja ramówek i planów produkcyjnych stacji TV. Ale także platform takich, jak Netflix czy Amazon, które jakością w produkcyjnym rozmachu dorównują telewizjom. Mam wrażenie, że na sesji, w której uczestniczyłem, ich propozycje budziły nawet większe zainteresowanie niż ramówki takich gigantów, jak AMC czy Showtime.

Klasowe LA

Znamion prestiżu imprezie, która odbywa się co pół roku, czyli przed ramówkami wiosenną i jesienną, nadają przede wszystkim irytujące podziały. W sali, w której odbywają się prezentacje, wciąż obowiązuje system klasowy. Dziennikarze ze Stanów Zjednoczonych siedzą z przodu, przed sceną, na której pojawiają się gwiazdy i decydenci stacji oraz platform, zaś dla przybyszy zza granicy przeznaczone są tylne rzędy. I nie chodzi tu wyłącznie o to, kto będzie mógł wyraźniej widzieć. Chodzi też o inne przywileje: pytania na konferencjach mogą zadawać tylko ci usadowieni z przodu. Tyły mają nakazane milczenie. Jak więc zdobyć odpowiedź na nurtujące pytanie? Zdawałoby się, że pozostaje liczyć na to, że pracownicy Netflixa sami zechcą temat poruszyć w części przemów, zanim zaczną być odpytywani przez dziennikarzy, sami przedstawią swoje plany i zamiary.

I rzeczywiście, kiedy na scenie pojawia się Ted Sarandos, dyrektor ds. kontentu Netflixa, kilka tajemnic zostaje odkrytych. Przede wszystkim pewne jest, że platforma zamierza inwestować w rynki lokalne. Wdrożenie planu w życie ma trwać kilka najbliższych lat. Ale badania nad tym, jak poszczególne grupy etniczne i narodowościowe zareagują na produkcje nieamerykańskie, już trwają. Żeby się o tym przekonać, wystarczy spojrzeć w aktualną rozpiskę premier platformy. W trwającym właśnie sezonie znajdziemy w niej choćby Luke’a Cage’a i The Get Down, które zupełnie odbiegają od adresowanych do białej amerykańskiej publiczności produkcji.

Czarny superbohater

Pierwszy powstał we współpracy z Marvel Studios. Wcześniej firmy pracowały razem przy serialach Daredevil i Jessica Jones, które miały premierę w 2015 roku, a w zapowiedziach na 2017 są ich kolejne wspólne dzieła: Iron Fist I, miniserial Defenders i Punisher. Wyjątkowość Luke’a Cage’a polega na tym, że jest pierwszym serialem z czarnym superbohaterem. Czarna jest niemal cała obsada, co jest zresztą interesujące z punktu widzenia poprawności politycznej. Tyle razy słyszeliśmy, że w produkcjach z białymi głównymi bohaterami muszą w Hollywood czy w popularnych serialach pojawić się bohaterowie czarni oraz ci o azjatyckich korzeniach (i rzeczywiście tak zazwyczaj jest). Ta zasada zdaje się jednak nie obowiązywać w przypadku, gdy pierwszy plan zajmują czarni. Pomysłodawca serialowego Luke’a Cage’a, Cheo Hodari Coker, mówił w Los Angeles, że obraz może się okazać przełomem, bo czarni są w nim nie tylko negatywni, ale też pozytywni bohaterowie. „Kiedy w dzieciństwie razem z siostrą i bratem chodziliśmy do kina, marzyliśmy, żeby być tacy jak Superman czy Batman, czyli mieć nadprzyrodzone moce i być białym. Cieszę się, że moje dzieci będą miały alternatywę i poczują, że czarni też mogą ratować świat. I że dowiedzą się, że kolor skóry nie ma wpływu na to, czy jesteśmy dobrzy czy źli” – wtórował mu Mike Colter, odtwórca głównej roli.
Z kolei The Get Down opowiada o początkach hip-hopu w USA. Muzyka przybiera w nim formę buntu. Na reżyserskim krześle zasiadł Buz Luhrmann (Moulin Rouge), który mówił, że sam nie uczestniczył w wydarzeniach, o których opowiada, podobnie jak jego biali koledzy. Dlatego zależało mu na tym, żeby jak najlepiej zbadać fenomen hip-hopu w latach 70. Zaznaczył przy tym, że narodziny tego gatunku odegrały rolę w pobudzaniu lokalnej świadomości. „Hip-hopowcy z Nowego Jorku nie nazywali siebie nowojorczykami. Mówili, że są albo z Bronxu, albo z Harlemu, w zależności od tego, gdzie się wychowywali. To doprowadziło do lokalnej rywalizacji. Poszczególne grupy zaczęły ze sobą dialogować właśnie przez muzykę, która miała charakter deskryptywny: opisywała to, co dzieje się w miejscu, z którego pochodzi raper, opowiadała o codziennym życiu i problemach, które je toczą. Zadawała kłam twierdzeniu, że największym problemem Amerykanów jest aktualnie wojna w Wietnamie. Te problemy różnicowały się mocno w zależności od miejsca, w którym się żyło” – mówił Luhrmann.

Kwestie tożsamości lokalnej i przynależności etniczno-narodowej powracają także w innych produkcjach. Warto wspomnieć jeszcze o serialu Last Chance U, którego twórcy przyglądają się młodym zawodnikom East Mississippi Community College. Intensywne treningi, wyrzeczenia, poświęcenia, żeby osiągnąć chwałę – pytanie brzmi: czyją? Własną, drużyny, trenera czy może w szerszej perspektywie – kraju, z którego pochodzą? I czy w momencie, kiedy podkupuje ich inny klub, okazują się narodowymi zdrajcami? Te i inne ciekawe refleksje wypełniają tę sportową produkcję.

Zagospodarować pustkę

Kiedy poszczególni twórcy opowiadali o swoich projektach, jak mantra powracało pytanie, czego Netflix oczekuje od ich produkcji, jaką rolę mają spełnić. Wygląda na to, że decydenci platformy próbują dotrzeć do niezagospodarowanego obszaru telewizyjno-kinowego, pokazać tym, którzy do tej pory nie czuli się należycie reprezentowani w dziełach audiowizualnych, że są w obszarze zainteresowań twórców. Ta taktyka może przynieść dorodny plon, bo jeśli przyjrzeć się serialom produkowanym przez inne amerykańskie stacje, trudno wskazać wśród nich te, które wcześniej wychodziły z podobnym pomysłem.

Powraca jednak pytanie, co to wszystko oznacza dla Polski, czy w najbliższym czasie będzie możliwa produkcja polskich programów? Z odpowiedzią przychodzi ponownie Ted Sarandos, którego udało mi się zagadnąć już po oficjalnej części panelu. „Netflix nie chce być amerykocentryczny, ale nie chce też rzucać się na produkowanie w miejscach, które nie zostały przez nas należycie zbadane. Od kilku lat śledziliśmy rynki Ameryki Południowej. Teraz ruszamy z produkcją w poszczególnych krajach na tym kontynencie. Chcemy mieć w ofercie programy robione przez Latynosów, które opowiadają o Latynosach. Na razie nie interesuje nas, co myślą o nich biali, bo takich filmów i seriali powstało już na pęczki. Zobaczymy, jak widownia zareaguje na te produkcje i wtedy będziemy opracowywać strategie ekspansji na kolejne regiony” – wyznaje.

O jakich terminach możemy mówić, jeśli chodzi o start produkcji w Polsce? Na pewno nie wcześniej niż w 2020 roku. Do tego czasu musimy zdać najważniejszy egzamin – z oglądalności. Jeśli okaże się, że Polacy nie korzystają z platformy Netflixa, tylko wciąż decydują się ściągać oferowane przezeń propozycje nielegalnie z internetu, wtedy nie mamy raczej co liczyć na to, by produkcja polskich dzieł była dla firmy opłacalna. Załóżmy jednak, że będzie, czym wtedy moglibyśmy w Netfliksie zabłysnąć?

„Polska ma wspaniałą tradycję filmu dla dzieci – fabularnego i animowanego. Wielu polskich animatorów pracuje w Hollywood przy gigantycznych produkcjach. A my nieustannie chcemy też poszerzać propozycje dla dzieci. Od jesieni milusińscy mają okazję zapoznać się ze szlagierami The Beatles, wypełniającymi animowany serial Beat Bugs, którego bohaterami są śpiewające robaki. Brytyjczycy w taki sposób chcą krzewić w najmłodszych widzach swoje dziedzictwo kulturowe. Jestem przekonany, że Polacy mieliby równie interesujące propozycje” – tłumaczył mi Sarandos. Może warto już zacząć się nad nimi zastanawiać?

Artur Zaborski

Magazyn Filmowy SFP, 02/2017
przedruk za zgodą redakcji

AddThis Social Bookmark Button
 
 
 
 
Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka!