Audiowizualni.pl

Serwis informacyjny polskich producentów filmów fabularnych, dokumentalnych, animowanych i programów telewizyjnych

Jesteś tutaj: Home Partnerzy Magazyn Filmowy SFP Kino to dyscyplina drużynowa - rozmowa z reżyserem Januszem Zaorskim [Magazyn Filmowy]

Kino to dyscyplina drużynowa - rozmowa z reżyserem Januszem Zaorskim [Magazyn Filmowy]

Ola Salwa: W jakich okolicznościach pojawił się pan pierwszy raz w WFF we Wrocławiu?
Janusz Zaorski: Pod koniec lat 60., kiedy byłem studentem łódzkiej Filmówki. Pojechałem tam przez nikogo nie zaproszony. Chciałem zwiedzić miasto, w którym w 1948 roku odbył się Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju. Do Polski przyjechał wtedy nawet Pablo Picasso. Sama Wytwórnia oczarowała mnie atmosferą. Na jej terenie stał hotel, pomieszkiwały w niej ekipy filmowe. Potem przez wiele lat sam tam się zatrzymywałem. Było to bardzo wygodne. Gdy w nocy przyśniło mi się rozwiązanie montażowe jednej ze scen, o trzeciej nad ranem zadzwoniłem do Krysi Komosińskiej, która montowała lata wcześniej Rękopis znaleziony w Saragossie Wojciecha Jerzego Hasa i powiedziałem: „Przyjeżdżaj”. Kilkanaście minut później zszedłem do montażowni w kapciach. Wytwórnia była więc nie tylko miejscem pracy, ale też domem. Panowała tam familiarna atmosfera, a ponieważ byliśmy daleko od Warszawy, najszybszy pociąg jechał tu osiem godzin, mieliśmy spokój, cenzura mało ingerowała w nasze filmy. Nawet jak ktoś z ministerstwa przyjechał do nas, to bywało, że zapił i nie zjawiał się na planie. W końcu Polska była najweselszym barakiem w obozie komunistycznym… Należałem do ostatniego, nomen omen, pokolenia, które się na to załapało. Gdy nastały czasy Gierka, Wytwórnię czekała zmiana. We Wrocławiu stanął hotel Panorama, gdzie odtąd zatrzymywały się ekipy filmowe.

Przez kolejne dekady Wytwórnia traciła na znaczeniu, aż zniknęła. Od pięciu lat zamiast niej funkcjonuje Centrum Technologii Audiowizualnych…
Zajmujące się przede wszystkim preprodukcją i postprodukcją. Gdy chciałem nakręcić współczesną ramę Pokoleń, musiałem ściągać sprzęt, kamery, lampy z Warszawy. Trudno wyraźnie wskazać, w którym momencie Wytwórnia we Wrocławiu zaczęła „obumierać”. Cezurą na pewno jest rok 1989, po zmianie ustroju okazało się, że ta wielka państwowa machina jest niewydolna. W latach 90. powstawały tam jeszcze spektakle Teatru Telewizji (we Wrocławiu jest przecież PWST, więc siły aktorskie), ale hale Wytwórni były też wykorzystywane w innych celach. Kiedyś do Polski przyjechali Amerykanie, bo dowiedzieli się, że we Wrocławiu coś można nakręcić. Wchodzą, a tam – od podłogi do sufitu leży czekolada. Okazało się, że dyrekcja podpisała umowę na przechowanie miliona tabliczek. Amerykanie musieli się więc obejść smakiem…

Wytwórnia była pana domem, zrealizował pan w niej w sumie pięć filmów. Ale był to też matecznik wielu innych, ważnych w historii polskiego kina, produkcji. I to z ich fragmentów składa się pański film Pokolenia. Dlaczego wybrał pan taką formę opowieści?
Początkowo pomysł był inny. Dostałem scenariusz filmu dokumentalnego, w którym był plan wywiadów z rekwizytorami, wózkarzami, operatorami, reżyserami. Ale gdy przyjechałem na dokumentację, okazało się, że część z tych ludzi niestety już umarła, inni byli „nietelegeniczni”, źle wypadali przed kamerą, zacinali się. Taki film byłby tylko gwoździem do trumny wrocławskiej Wytwórni… Chciałem się wycofać z tego projektu, gdy mnie olśniło, że trzeba inaczej poprowadzić opowieść. Przez filmy. Bo co po nas zostanie? One – w całości lub we fragmentach krążących po internecie lub tym, co internet w przyszłości zastąpi. Pokolenia dały mi możliwość przypomnienia mniej znanych filmów, które zostały źle potraktowane przez cenzurę lub nie trafiły w swój czas. Kilka lat temu pewnie bym na to nie wpadł, teraz mam dużą potrzebę tworzenia syntezy. Może dlatego, że jestem wykładowcą akademickim, może dlatego, że od lat czytam prace przysyłane przez młodych krytyków na Konkurs im. Krzysztofa Mętraka i zastanawiam się, jak młodym ludziom wytłumaczyć, na czym polega konkretny styl i co jest w filmie istotne. Ułożyłem fragmenty filmów tak, aby pokazywały kolejne rozdziały najnowszej historii Polski: drugą wojnę światową, stalinizm, nadzieję popaździernikową, „naszą małą stabilizację” za Gomułki, propagandę sukcesu lat 70. i stan wojenny.

Nietrudno zgadnąć na czym polegała dokumentacja do Pokoleń.
Jestem kinomanem, większość filmów widziałem, część musiałem nadrobić, część chciałem sobie przypomnieć. Przy pomocy warszawskiego Studia Kronika dostałem wszystkie tytuły na DVD z timecodem. Co wieczór siadałem, oglądałem dwa filmy, i jeśli widziałem ciekawą scenę, notowałem. Miałem tak dużo materiału, że początkowo Pokolenia trwały trzy godziny. W końcu udało się to skrócić do stu minut. Największy kłopot miałem z zakończeniem. Bo jak spointować tyle wątków, stylów, tylu reżyserów? Musiałem narzucić strukturę, którą pożyczyłem od hrabiego Potockiego i jego Rękopisu znalezionego w Saragossie. Pokolenia to taka historia w historii.

Jaką regułę przyjął pan podczas wyboru fragmentów filmów? 
Nie chciałem robić dwuminutowego streszczenia filmu, tylko wybrać scenę, która coś mówi o danej epoce. Na przykład z Kobiety samotnej Agnieszki Holland wybrałem scenę wyjazdu bohaterów. Chciałem pokazać, że w Polsce już się nie da wytrzymać, wszędzie są kolejki, ludzi nęka bezpieka. Zakończenie – to filmowe – było jeszcze bardziej tragiczne, ale nie mogłem go już zmieścić. Dodam, że zależało mi na tym, żeby w filmie nie znalazły się tylko dramatyczne sceny, ale też komediowe, dlatego w „rozdziale” o drugiej wojnie światowej jest Popiół i diament Andrzeja Wajdy oraz Giuseppe w Warszawie Stanisława Lenartowicza.

Czy wybierał też pan sceny pod kątem tego, jak pokazują powojenny Wrocław?
Tu było trudniej. Jest jeden film w całości poświęcony miastu, Zobaczymy się w niedzielę Stanisława Lenartowicza, ale on jest opowiadany inaczej niż pozostałe – wolniej. To typowe kino pasażowe. Wziąłem z niego dwie sceny. W pierwszej krowa stoi na rogu Świdnickiej i Alei Solidarności, a wówczas Świerczewskiego, co świetnie pokazuje zderzenie świata przyjezdnych zza Buga z poniemiecką cywilizacją. W drugiej scenie chłopiec pisze na murze: „Polaki zajęte”, żeby było wiadomo, że dom ma już nowych lokatorów.

Found footage, czyli robienie nowego filmu z istniejących fragmentów innych produkcji często oznacza, że reżyser nadaje nowy sens materiałowi. Mark Cousins w swojej Odysei filmowej z offu opowiadał historię kina. Pan daje mówić obrazom.
Uznałem, że jakikolwiek rodzaj komentarza będzie postawieniem kropki nad „i”. Chciałem tego za wszelką cenę uniknąć. Układając te wszystkie sceny i sensy w całość, miałem nie lada kłopot, bo nie chciałem poprawiać kolegów po kamerze. Filmy są nakręcone w różnych stylach i tempach, nie mogłem niczego przyspieszać ani zwalniać. Raz tylko ingerowałem w materiał. Scenę z Dreszczy Wojciecha Marczewskiego kończy charakterystyczny dla filmu dźwięk robionego zdjęcia. Zdecydowałem zmienić kadr na czarno-biały, żeby lepiej połączył się z kolejnym fragmentem. Myślę, że Wojtek nie będzie miał mi tego za złe.

Czy koledzy po kamerze widzieli Pokolenia?
Opowiadałem im na razie tylko o pomyśle na film. Andrzej Wajda i Sylwester Chęcinski zachwycili się nim. Że tak prosty. Mam nadzieję, że koledzy, których filmy wykorzystałem, nie będą mi mieli za złe. W końcu kino to dyscyplina drużynowa i te paciorki mają się składać w jeden różaniec.

rozmawiała Ola Salwa

Kino to dyscyplina drużynowa
Z Januszem Zaorskim o Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu i filmie Pokolenia rozmawia Ola Salwa

AddThis Social Bookmark Button
 
 
 
 
Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka!