Audiowizualni.pl

Serwis informacyjny polskich producentów filmów fabularnych, dokumentalnych, animowanych i programów telewizyjnych

Jesteś tutaj: Home Partnerzy Magazyn Filmowy SFP

Magazyn Filmowy SFP

Od celuloidu do kina w chmurze - rozmowa z prof. Andrzejem Gwoździem, kierownikiem Zakładu Filmoznawstwa i Wiedzy o Mediach Uniwersytetu Śląskiego [Magazyn Filmowy]

Anna Wróblewska: Czy istnieją cechy, czynniki, które wyróżniają katowickie filmoznawstwo od pokrewnych kierunków w innych szkołach?
Andrzej Gwóźdź: W Instytucie Nauk o Kulturze i Studiów Interdyscyplinarnych na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Śląskiego jesteśmy obecni na dwóch kierunkach i dwóch poziomach studiów (licencjackim i magisterskim) na kulturoznawstwie ze specjalnością: filmoznawstwo i wiedza o mediach oraz na kulturach mediów ze specjalnością: kultury wizualne. Staramy się zatem znaleźć rozsądny kompromis między tradycyjnym, zorientowanym na film oraz kino filmoznawstwem, a obejmującym szerszy porządek kulturowo-medialny medioznawstwem. Uważam, że separowanie wiedzy o filmie od wiedzy o mediach jest sztuczne i niewłaściwe, przecież film to także medium, a wiedza o filmie musi w sposób naturalny pozostawać elementem wiedzy o mediach. Nie stronimy więc od rozważań nad telewizją, od refleksji nad mediami elektronicznymi, internetem, tzw. nowymi mediami. Filmoznawstwo poszerzone o nowe media, nowe środowiska nadawczo-odbiorcze, o nowe praktyki artystyczne i kulturowe – to wszystko dlatego, że film żyje, że sam również jest pochodną zmian, jakie zachodzą w mediach elektronicznych. Próbujemy więc wyciągać konsekwencje z ewolucji ruchomych obrazów w kulturze i spoglądać na kino w całej dynamice przemian, jakim ono podlega w cywilizacji obrazów.

Czytaj więcej: Od celuloidu do kina w chmurze - rozmowa z prof. Andrzejem Gwoździem, kierownikiem Zakładu...

Development należy wzmacniać - rozmowa z Izabelą Helbin, dyrektor Krakowskiego Biura Festiwalowego [Magazyn Filmowy]

Artur Zaborski: Jak doszło do włączenia się Krakowskiego Biura Festiwalowego i Krakow Film Commision w projekt Less Is More, i co było tego przyczyną?
Izabela Helbin: Wszystko rozpoczęło się jeszcze na warsztatach TalentX, organizowanych w Amsterdamie przez Creative England w partnerstwie z Danish Film Institute, Irish Film Board i Netherlands Film Fund, przy wsparciu Kreatywnej Europy. Na miejscu rozmawialiśmy ze specjalistami z branży filmowej oraz przedstawicielami regionalnych funduszy filmowych, a także z osobami odpowiedzialnymi za promocję talentów branży audiowizualnej z całej Europy. Decyzje o zaangażowaniu Krakowskiego Biura Festiwalowego oraz Krakow Film Commission w Less Is More zapadły po długich rozmowach z przedstawicielami francuskiego Le Groupe Ouest, które jest wiodącym partnerem inicjatywy, a zarazem realizatorem ponad 50 projektów szkoleniowych i badawczych. Wymiana doświadczeń z partnerem, aktywnym ponad dziesięć lat w zakresie działania na rzecz rozwoju audiowizualnego, dała nam do myślenia. To właśnie wtedy, podczas wyjazdu do Amsterdamu, zrozumieliśmy, że Less Is More idealnie trafia w potrzeby polskiej branży audiowizualnej, a może nawet o pół kroku wyprzedza projekty realizowane w Polsce. Przyłączenie się do tej olbrzymiej i prestiżowej grupy to szansa, obok której nie mogliśmy przejść obojętnie.

Czytaj więcej: Development należy wzmacniać - rozmowa z Izabelą Helbin, dyrektor Krakowskiego Biura...

Co Polacy mogą zaproponować Netflixowi? [Magazyn Filmowy]

O tym, co wprowadzenie Netflixa do Polski oznacza dla widzów, wiemy wszyscy. Każdy amator dobrego filmu i serialu zna realizowane pod tą egidą produkcje. Pytaniem, które domaga się odpowiedzi jest natomiast, co to oznacza dla nadwiślańskich twórców. Okazją, by poszukać na nie odpowiedzi, był organizowany w Los Angeles Zjazd TCA (Television Critics Association).

Czytaj więcej: Co Polacy mogą zaproponować Netflixowi? [Magazyn Filmowy]

Forum SFP w Gdyni 2016 - podsumowanie [Magazyn Filmowy]

Tegoroczne Forum Stowarzyszenia Filmowców Polskich, choć przypadające w jubileuszowym roku 50-lecia istnienia tej najpotężniejszej w Polsce organizacji zrzeszającej ludzi filmu, nie było zapatrzone w przeszłość – choć w kuluarach pojawiły się także wspomnienia z burzliwej historii, do czego zwłaszcza prowokowała pobliska plenerowa wystawa poświęcona półwieczu SFP – a w przyszłość, wszak jego temat przewodni brzmiał: „Fokus na młodych”.

Podczas ostatniego Walnego Zjazdu SFP prezes Jacek Bromski apelował do młodszych pokoleń filmowców, by coraz bardziej zaczęli angażować się w sprawy Stowarzyszenia, co doprowadzi w przyszłości do tego, że w pełni wezmą wszelkie najważniejsze sprawy organizacji w swoje ręce. Jak oni przed laty, tzn. pokolenie Jacka Bromskiego, Juliusza Machulskiego, Allana Starskiego, Filipa Bajona – do dziś aktywnie działających w Zarządzie Głównym SFP. Apelu Prezesa posłuchano, proces pokoleniowej „odnowy” rozpoczął się. Za stołem prezydialnym zasiedli zatem – obok Jacka Bromskiego, prezesa SFP i Magdaleny Sroki, dyrektor PISF – nowo wybrani wiceprezesi Stowarzyszenia: Karolina Bielawska i Dariusz Gajewski, a także szefowie działającego przy SFP Studia Munka: Jerzy Kapuściński, dyrektor artystyczny i Ewa Jastrzębska, dyrektor ds. produkcji. Towarzyszył im – reprezentujący także młode pokolenie – Dominik Skoczek, radca prawny SFP/ZAPA.

W przedfestiwalowych wywiadach Michał Oleszczyk, dyrektor artystyczny gdyńskiej imprezy, podkreślał otwarcie na młodych także w programie tegorocznej edycji. „Mnie w tegorocznym konkursie cieszy przede wszystkim to, że z szesnastu filmów rywalizujących o Złote Lwy aż siedem to debiuty, a dwa to filmy drugie. To świetny wynik dla młodych twórców; nie wiem, czy nie najlepszy w historii festiwalu” – powiedział na łamach wrześniowego numeru „Magazynu Filmowego”. Debiuty i filmy drugie zdominowały także konkurs Inne Spojrzenie, o pozostałych sekcjach już nie wspominając, bo młodość jest zawarta w ich nazwie bądź charakterze (Konkurs Młodego Kina, Konkurs Fabularnych Filmów Krótkometrażowych). „To idzie młodość!” – można rzec, przypominając szlagier z pamiętnej Przygody na Mariensztacie Leonarda Buczkowskiego.

Gdyńskie Forum SFP znakomicie zatem dopełniło werbalnie ten proces, który już od pewnego czasu dokonuje się na naszych oczach. Nasze kino coraz bardziej wypełniają filmy młodych, realizowane w Studiu Munka, Szkole Wajdy, na uczelniach filmowych, i to one przynoszą coraz więcej splendoru naszej kinematografii, czego najlepszym dowodem wieści z Sundance, Berlina czy rozdania studenckich Oscarów.

„Temat tegorocznego »Fokus na młodych« jest w jakimś sensie tematem zastępczym, ale bardzo ważnym” – zwrócił się na wstępie prezes Jacek Bromski do filmowców różnych pokoleń, od aktualnego zarządu Koła Młodych po prezesa honorowego SFP Janusza Majewskiego, wypełniających salę, w której niestety zabrakło ministra kultury i dziedzictwa narodowego czy prezesa Telewizji Polskiej S.A. (przybyli tzw. byli, czyli minister Bogdan Zdrojewski i prezes Juliusz Braun).

„Po tym festiwalu widać, że nasza kinematografia trzyma się dobrze, nawet bardzo dobrze. Rekordowa frekwencja, 3500 akredytowanych osób, tłumy w kinach, trudno się dostać na projekcje, siedem debiutów w Konkursie Głównym, tego jeszcze nie było. Tak więc temat młodzi filmowcy jest bardzo ważny i aktualny. Nasze nadzieje na przyszłość, które w nich pokładamy, powinny się spełnić. Chyba możemy na młodych liczyć, tym bardziej że ich filmy są coraz lepsze, coraz bardziej dojrzałe i może kiedyś ponownie doczekamy się Złotych Lwów dla debiutanta” – powiedział Bromski w samo południe w hotelu Mercure (dawniej Gdynia), inaugurując Forum, na kilka godzin przed festiwalową galą.

„Mamy się dobrze, specjalnie nie widać na horyzoncie żadnych zagrożeń dla struktur naszej kinematografii, które w ciągu ostatnich lat zbudowaliśmy, niemniej jakiś tam niepokój unosi się w powietrzu, głównie z powodu braku dialogu. Nie przypominam sobie takiego Forum, na którym by nie było ministra kultury…” – kontynuował, oddając głos nowym wiceprezesom SFP: Karolinie Bielawskiej i Dariuszowi Gajewskiemu oraz dyrekcji Studia Munka: Ewie Jastrzębskiej, odpowiadającej za sprawy produkcyjne, i Jerzemu Kapuścińskiemu, szefowi artystycznemu. To, co proponują, jest dla młodych filmowców nie tylko bardzo atrakcyjne, ale i programowo niezwykle szerokie (w Studiu Munka nie tylko programy „30 Minut”, „Pierwszy Dokument”, „Młoda Animacja”, ale i „60 Minut”, a także dwa debiuty pełnometrażowe rocznie). Co do szczegółów odsyłam Państwa do obszernych wywiadów z Bielawską, Gajewskim i Kapuścińskim, opublikowanych we wrześniowym numerze „Magazynu Filmowego”. Tu poprzestańmy na krótkich konstatacjach. „Mam duszę rewolucjonistki, ale nie chcę wprowadzać rewolucji w Stowarzyszeniu, a kontynuować to, co udało się do tej pory stworzyć, bo to bardzo cenne. Być głosem młodego pokolenia twórców, to moje zadanie” – mówiła Bielawska. „Musimy być na tyle zjednoczeni i mocni, żeby móc efektywnie wpływać na otoczenie produkcji filmowej, czyli na mądre prawo i jego przestrzeganie” – dodał Gajewski, były dyrektor artystyczny Studia Munka (tę funkcję pełnił przez osiem lat). A Kapuściński, jego następca na tym stanowisku, informując o nowych inicjatywach programowych („60 minut”), położył nacisk na debiuty pełnometrażowe, które będą realizowali autorzy najlepszych „trzydziestek”, i zaproszenie do filmowych prac młodych zdolnych literatów (wkrótce powstanie w Munku taki zespół złożony z młodych pisarzy, zainteresowanych kinem). Tylko trzeba się nieco śpieszyć. O wprowadzanych ograniczeniach wiekowych poinformowała Jastrzębska, w krótkim metrażu będzie można zadebiutować przed ukończeniem 35 lat, a w pełnym – przed czterdziestką.

O niezwykle sprzyjającej młodym atmosferze panującej w Polskim Instytucie Sztuki Filmowej poinformowała jego dyrektor Magdalena Sroka. W trzech tegorocznych sesjach w ramach Programu Operacyjnego „Produkcja filmowa” złożono łącznie 714 wniosków, w tym 146 debiutów reżyserskich (20,45 proc.), co w stosunku do analogicznego okresu w roku ubiegłym stanowi wzrost o 115 wniosków (!). W ramach priorytetu „Produkcja filmów fabularnych” złożono 129 wniosków, w tym 39 debiutów reżyserskich (30 proc.), co stanowi wzrost o 15 wniosków w stosunku do 2015 roku. Dofinansowania produkcji projektów filmów fabularnych w dwóch tegorocznych zakończonych sesjach wyglądają następująco: liderzy komisji eksperckich wraz z dyrektor PISF wsparli 14 projektów filmów fabularnych, w tym 3 debiuty reżyserskie i 5 filmów drugich (57 proc. dofinansowanych projektów), a dyrektor PISF ze swej puli – 5 projektów fabularnych, w tym 1 debiut reżyserski (20 proc.).

„Gombrowicz i Kafka mieli gorzej, bo musieli pracować w banku” – skomentował Jacek Bromski. I dodał: „Naprawdę, nie jest tak trudno młodemu twórcy zrobić swój pierwszy film, tylko musi wiedzieć, o czym ma on być”. Do tej optymistycznej nuty trzeba dodać – niestety – łyżkę dziegciu. Nadal jesteśmy rajem dla piratów. O ile Europa w tej dziedzinie stara się szukać skutecznych instrumentów, nasz rząd nie wydaje się być tym specjalnie zainteresowany. Mówił o tym prezes Bromski, któremu te sprawy zawsze bardzo leżały na sercu, mówił o tym Dominik Skoczek (odsyłam Państwa do jego znakomitych artykułów poświęconych tym sprawom na łamach „Magazynu Filmowego”), mówił o tym wreszcie Bogdan Zdrojewski, były minister kultury. W tej dziedzinie, Warszawy w Brukseli specjalnie nie widać.

„Dotychczas podczas naszych Forów drzwi na salę były otwarte. Dzisiaj są zamknięte. To znak, żebyśmy się okopali we własnym kręgu i tak trzymali” – zauważył prezes Bromski.

Jerzy Armata

Gombrowicz i Kafka mieli gorzej

Kino to dyscyplina drużynowa - rozmowa z reżyserem Januszem Zaorskim [Magazyn Filmowy]

Ola Salwa: W jakich okolicznościach pojawił się pan pierwszy raz w WFF we Wrocławiu?
Janusz Zaorski: Pod koniec lat 60., kiedy byłem studentem łódzkiej Filmówki. Pojechałem tam przez nikogo nie zaproszony. Chciałem zwiedzić miasto, w którym w 1948 roku odbył się Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju. Do Polski przyjechał wtedy nawet Pablo Picasso. Sama Wytwórnia oczarowała mnie atmosferą. Na jej terenie stał hotel, pomieszkiwały w niej ekipy filmowe. Potem przez wiele lat sam tam się zatrzymywałem. Było to bardzo wygodne. Gdy w nocy przyśniło mi się rozwiązanie montażowe jednej ze scen, o trzeciej nad ranem zadzwoniłem do Krysi Komosińskiej, która montowała lata wcześniej Rękopis znaleziony w Saragossie Wojciecha Jerzego Hasa i powiedziałem: „Przyjeżdżaj”. Kilkanaście minut później zszedłem do montażowni w kapciach. Wytwórnia była więc nie tylko miejscem pracy, ale też domem. Panowała tam familiarna atmosfera, a ponieważ byliśmy daleko od Warszawy, najszybszy pociąg jechał tu osiem godzin, mieliśmy spokój, cenzura mało ingerowała w nasze filmy. Nawet jak ktoś z ministerstwa przyjechał do nas, to bywało, że zapił i nie zjawiał się na planie. W końcu Polska była najweselszym barakiem w obozie komunistycznym… Należałem do ostatniego, nomen omen, pokolenia, które się na to załapało. Gdy nastały czasy Gierka, Wytwórnię czekała zmiana. We Wrocławiu stanął hotel Panorama, gdzie odtąd zatrzymywały się ekipy filmowe.

Przez kolejne dekady Wytwórnia traciła na znaczeniu, aż zniknęła. Od pięciu lat zamiast niej funkcjonuje Centrum Technologii Audiowizualnych…
Zajmujące się przede wszystkim preprodukcją i postprodukcją. Gdy chciałem nakręcić współczesną ramę Pokoleń, musiałem ściągać sprzęt, kamery, lampy z Warszawy. Trudno wyraźnie wskazać, w którym momencie Wytwórnia we Wrocławiu zaczęła „obumierać”. Cezurą na pewno jest rok 1989, po zmianie ustroju okazało się, że ta wielka państwowa machina jest niewydolna. W latach 90. powstawały tam jeszcze spektakle Teatru Telewizji (we Wrocławiu jest przecież PWST, więc siły aktorskie), ale hale Wytwórni były też wykorzystywane w innych celach. Kiedyś do Polski przyjechali Amerykanie, bo dowiedzieli się, że we Wrocławiu coś można nakręcić. Wchodzą, a tam – od podłogi do sufitu leży czekolada. Okazało się, że dyrekcja podpisała umowę na przechowanie miliona tabliczek. Amerykanie musieli się więc obejść smakiem…

Wytwórnia była pana domem, zrealizował pan w niej w sumie pięć filmów. Ale był to też matecznik wielu innych, ważnych w historii polskiego kina, produkcji. I to z ich fragmentów składa się pański film Pokolenia. Dlaczego wybrał pan taką formę opowieści?
Początkowo pomysł był inny. Dostałem scenariusz filmu dokumentalnego, w którym był plan wywiadów z rekwizytorami, wózkarzami, operatorami, reżyserami. Ale gdy przyjechałem na dokumentację, okazało się, że część z tych ludzi niestety już umarła, inni byli „nietelegeniczni”, źle wypadali przed kamerą, zacinali się. Taki film byłby tylko gwoździem do trumny wrocławskiej Wytwórni… Chciałem się wycofać z tego projektu, gdy mnie olśniło, że trzeba inaczej poprowadzić opowieść. Przez filmy. Bo co po nas zostanie? One – w całości lub we fragmentach krążących po internecie lub tym, co internet w przyszłości zastąpi. Pokolenia dały mi możliwość przypomnienia mniej znanych filmów, które zostały źle potraktowane przez cenzurę lub nie trafiły w swój czas. Kilka lat temu pewnie bym na to nie wpadł, teraz mam dużą potrzebę tworzenia syntezy. Może dlatego, że jestem wykładowcą akademickim, może dlatego, że od lat czytam prace przysyłane przez młodych krytyków na Konkurs im. Krzysztofa Mętraka i zastanawiam się, jak młodym ludziom wytłumaczyć, na czym polega konkretny styl i co jest w filmie istotne. Ułożyłem fragmenty filmów tak, aby pokazywały kolejne rozdziały najnowszej historii Polski: drugą wojnę światową, stalinizm, nadzieję popaździernikową, „naszą małą stabilizację” za Gomułki, propagandę sukcesu lat 70. i stan wojenny.

Nietrudno zgadnąć na czym polegała dokumentacja do Pokoleń.
Jestem kinomanem, większość filmów widziałem, część musiałem nadrobić, część chciałem sobie przypomnieć. Przy pomocy warszawskiego Studia Kronika dostałem wszystkie tytuły na DVD z timecodem. Co wieczór siadałem, oglądałem dwa filmy, i jeśli widziałem ciekawą scenę, notowałem. Miałem tak dużo materiału, że początkowo Pokolenia trwały trzy godziny. W końcu udało się to skrócić do stu minut. Największy kłopot miałem z zakończeniem. Bo jak spointować tyle wątków, stylów, tylu reżyserów? Musiałem narzucić strukturę, którą pożyczyłem od hrabiego Potockiego i jego Rękopisu znalezionego w Saragossie. Pokolenia to taka historia w historii.

Jaką regułę przyjął pan podczas wyboru fragmentów filmów? 
Nie chciałem robić dwuminutowego streszczenia filmu, tylko wybrać scenę, która coś mówi o danej epoce. Na przykład z Kobiety samotnej Agnieszki Holland wybrałem scenę wyjazdu bohaterów. Chciałem pokazać, że w Polsce już się nie da wytrzymać, wszędzie są kolejki, ludzi nęka bezpieka. Zakończenie – to filmowe – było jeszcze bardziej tragiczne, ale nie mogłem go już zmieścić. Dodam, że zależało mi na tym, żeby w filmie nie znalazły się tylko dramatyczne sceny, ale też komediowe, dlatego w „rozdziale” o drugiej wojnie światowej jest Popiół i diament Andrzeja Wajdy oraz Giuseppe w Warszawie Stanisława Lenartowicza.

Czy wybierał też pan sceny pod kątem tego, jak pokazują powojenny Wrocław?
Tu było trudniej. Jest jeden film w całości poświęcony miastu, Zobaczymy się w niedzielę Stanisława Lenartowicza, ale on jest opowiadany inaczej niż pozostałe – wolniej. To typowe kino pasażowe. Wziąłem z niego dwie sceny. W pierwszej krowa stoi na rogu Świdnickiej i Alei Solidarności, a wówczas Świerczewskiego, co świetnie pokazuje zderzenie świata przyjezdnych zza Buga z poniemiecką cywilizacją. W drugiej scenie chłopiec pisze na murze: „Polaki zajęte”, żeby było wiadomo, że dom ma już nowych lokatorów.

Found footage, czyli robienie nowego filmu z istniejących fragmentów innych produkcji często oznacza, że reżyser nadaje nowy sens materiałowi. Mark Cousins w swojej Odysei filmowej z offu opowiadał historię kina. Pan daje mówić obrazom.
Uznałem, że jakikolwiek rodzaj komentarza będzie postawieniem kropki nad „i”. Chciałem tego za wszelką cenę uniknąć. Układając te wszystkie sceny i sensy w całość, miałem nie lada kłopot, bo nie chciałem poprawiać kolegów po kamerze. Filmy są nakręcone w różnych stylach i tempach, nie mogłem niczego przyspieszać ani zwalniać. Raz tylko ingerowałem w materiał. Scenę z Dreszczy Wojciecha Marczewskiego kończy charakterystyczny dla filmu dźwięk robionego zdjęcia. Zdecydowałem zmienić kadr na czarno-biały, żeby lepiej połączył się z kolejnym fragmentem. Myślę, że Wojtek nie będzie miał mi tego za złe.

Czy koledzy po kamerze widzieli Pokolenia?
Opowiadałem im na razie tylko o pomyśle na film. Andrzej Wajda i Sylwester Chęcinski zachwycili się nim. Że tak prosty. Mam nadzieję, że koledzy, których filmy wykorzystałem, nie będą mi mieli za złe. W końcu kino to dyscyplina drużynowa i te paciorki mają się składać w jeden różaniec.

rozmawiała Ola Salwa

Kino to dyscyplina drużynowa
Z Januszem Zaorskim o Wytwórni Filmów Fabularnych we Wrocławiu i filmie Pokolenia rozmawia Ola Salwa

Żadne przebudzenie nie cofnie tego, co raz się przyśniło - rozmowa z reżyserem Jerzym Skolimowskim [Magazyn Filmowy]

Jerzy Armata: Wenecja to bliskie panu miasto. Pokazywał pan tu często swoje filmy, odbierał laury za Latarniowca, Essential Killing, 11 minut. W tym roku uhonorowano pana na tym prestiżowym, najstarszym festiwalu w Europie – Złotym Lwem za całokształt twórczości. Czym jest dla pana to trofeum?
Jerzy Skolimowski: Znalezienie się w gronie tak znakomitych artystów było dla mnie sporym zaskoczeniem. Pierwszym laureatem tej nagrody był w 1970 roku sam Orson Welles.

Czytaj więcej: Żadne przebudzenie nie cofnie tego, co raz się przyśniło - rozmowa z reżyserem Jerzym...

Strategia festiwalowa jest bardzo ważna - rozmowa z doradcą ds. reklamy i promocji filmów Kathleen McInnis [Magazyn Filmowy]

Kathleen McInnis – festiwalowy strateg oraz doradca do spraw reklamy i promocji filmów z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem w branży, była gościem tegorocznego 35. Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film”. Pracowała jako dziennikarz, producent, dyrektor reklamy i promocji wydarzeń branżowych oraz główny programer Seattle International Film Festival, dyrektor Slamdance Film Festival i dyrektor Palm Springs ShortFest. Wykłada na najważniejszych amerykańskich uczelniach. Obecnie prowadzi firmę konsultingową See-Through Films, która reprezentuje produkcje pełno- i krótkometrażowe na największych międzynarodowych festiwalach.

Czytaj więcej: Strategia festiwalowa jest bardzo ważna - rozmowa z doradcą ds. reklamy i promocji filmów...

Charakterystyka polskich seriali [Magazyn Filmowy]

Kiedy zapowiedziano koniec emisji legendarnej Mody na sukces, zawiązał się spontaniczny komitet protestacyjny, kiedy uśmiercono jedną z bohaterek M jak miłość, żałobę nosiła cała Polska, a kiedy zapowiadana jest kolejna powtórka Stawki większej niż życie, natychmiast przypominamy sobie, gdzie są najlepsze kasztany w Paryżu i jaką świnią jest Brunner!

Czytaj więcej: Charakterystyka polskich seriali [Magazyn Filmowy]

Dystrybucja krótkich metraży [Magazyn Filmowy]

To wyjątkowo trudny sektor rynku filmowego. Tysiące tytułów, bardzo mało chętnych na ich zakup. Na krótkich metrażach zarobić się nie da. Można jednak walczyć o to, żeby dotarły do widzów. Jak to zrobić, o czym pamiętać – podpowiada nam Derry O’Brien.

Czytaj więcej: Dystrybucja krótkich metraży [Magazyn Filmowy]

Stowarzyszenie Filmowców Polskich ma 50 lat [Magazyn Filmowy]

„Podstawowy obowiązek artysty wobec polskiej rzeczywistości, to obowiązek mówienia prawdy”. Słowa Andrzeja Wajdy, wygłoszone na Forum Stowarzyszenia Filmowców Polskich w Gdańsku w 1980 roku, mimo upływu lat nie tracą na aktualności. Wciąż powtarzane, przywoływane, cytowane, przypominają o tradycji polskiego kina: o fundamentach polskiej szkoły filmowej i kina moralnego niepokoju, ale także o sile, jaką dała polskim twórcom integracja środowiska filmowego.

Czytaj więcej: Stowarzyszenie Filmowców Polskich ma 50 lat [Magazyn Filmowy]

 
 
 
 
Nie czytasz? Nie idę z Tobą do łóżka!